POGŁOS JEDENASTY

o kolejnych próbach i wiernych przysięgom





No to do roboty.

Zamknął oczy, wziął głęboki wdech, przytrzymał powietrze, by po chwili wypuścić je ze świstem. Musiał się uspokoić, nie mógł przecież tam zejść tak uśmiechnięty, jak gdyby nigdy nic – jak gdyby właśnie w tym momencie cieszył go taki obrót spraw. Chociaż sam coraz słabiej wyczuwał reiatsu, to, które właśnie przejmowało kontrolę nad Masaki, czuć było aż za dobrze nawet tu na górze. Urahara otworzył oczy i zmarszczył brwi, przybrawszy poważny wyraz twarzy, po czym zszedł po skrzypiącej drabinie. Stukot sandałów ucichł, gdy Kisuke postawił obie stopy na ciepłym piasku.

W innych okolicznościach pomyślałby pewnie o Yoruichi-san wylegującej się w gorących źródłach, które powstać miały za skalistymi wzgórzami, ale…

Wybacz, skarbie, są sprawy ważne i ważniejsze. Nasze źródła jeszcze trochę poczekają.

Już z daleka zobaczył, że Ishida i Shiba ułożyli Masaki na stole, nieco przekrzywionym przez nierówność skalnego gruntu, na którym wciąż walało się parę osuszonych butelek. Urahara wracał tu jeszcze przez jakiś czas, analizując, co mógłby zrobić inaczej, doskonalej… Los mu sprzyjał, skoro zesłał kolejną szansę, tym razem zrobi to poprawnie. Musi tylko wpierw wyznaczyć cel.

Kurwa, czy znowu się uśmiechnął?

Przystanął tuż przy tych dwóch głupkach, wpatrzonych w niego jak w wiśnię kwitnącą w samym środku zimy. On zaś spojrzał smutno na rozpaloną Masaki. Jej ciało wyglądało niemal jak martwe – zbyt nieruchome, zbyt ciche – ale Kisuke znał się na pozorach. Wciąż tliło się w niej życie, i to potężniejsze, niż ktokolwiek poza nim mógł przypuszczać. Dopiero po chwili Urahara przesunął wzrok na Ryūkena, którego chłód szczególnie łatwo było mu ignorować. I w końcu na Isshina z trudem łapiącego oddech i zaciskającego pięści.

Dobrze, to znaczy, że naprawdę ci zależy.

Urahara też zacisnął dłoń w kieszeni, tyle że na kamieniu. Czuł Hōgyoku pod palcami, niemal słyszał jego ciche, złowrogie mruczenie, jakby kamień śnił własne sny. Wydobył go powoli, ostrożnie, jak kapłan wyciąga relikwię sprzed wieków – bo właśnie tak powinno się go traktować. Powiódł palcami po gładkiej powierzchni; ostatnie reiatsu zamknięte w błękitnej kuli drgały w oczekiwaniu.

– To nasza jedyna szansa – powiedział i zaraz się zrugał za ten patetyzm, przesada naprawdę nie była wskazana, wystarczyło zachować powagę chwili. Spojrzał z troską na Masaki. – Przemiana, którą przechodzi ta dziewczyna, znana jest jako hollowfikacja. W tym procesie dusza hollowa zszczepia się z duszą ludzką. – Podniósł wzrok na Isshina, który wydawał się bledszy niż jeszcze chwilę temu. Kątem oka dostrzegł również tego drugiego; widział, jak Quincy zaciska zęby i ewidentnie broni się, by czegoś nie rozwalić.

– Kiedy dusza ludzka przechodzi hollowfikację – ciągnął Urahara – obie zaczynają krwawić, jedna w drugą. To tworzy bestię tracącą zdolność logicznego myślenia. Bestia napiera, obciążenie staje zbyt wysokie, autodestrukcja duszy ludzkiej jest więc nieunikniona. Jednak ten kamień… – nieco uniósł Hōgyoku – potrafi zatrzymać ten proces. Wszczepiłem go w duszę kilku Shinigami poddanych hollowfikacji, zresztą – spojrzał na Shibę – dobrze wiesz, o kim mówię. I ty najlepiej wiesz, że każdemu udało się przeżyć.

Całą trójką w ciszy wpatrywali się w Hōgyoku, wesoło mrygające w jego dłoni.

No dalej, powiedzcie coś. Zapytajcie, ilu trzeba dusz, by uratować waszą gołąbeczkę. Zapytajcie, czy na pewno wiem, co robię.

Oczywiście, że nie wiedział – bynajmniej nie do końca, wszystko nadal pozostawało w fazie testów. Ale jakie to miało teraz znaczenie? Czy mieli inne wyjście, by protestować?

No właśnie. 

Zresztą Masaki  n a p r a w d ę  kończył się czas.

Isshin zmrużył oczy i w końcu wyciągnął rękę w stronę kuli. Urahara odrobinę cofnął dłoń.

– Ja to zrobię, choć chętnie skorzystam z waszej pomocy. Ty, drogi Ishida-san, stań proszę po tej drugiej stronie stołu. Jako że lek – podkreślił – wymaga wszczepienia, Masaki-san może zareagować dość… – chwilę szukał odpowiedniego słowa; nie mogło odstraszać, ale i musiało oddać ryzyko – żywiołowo, być może trzeba będzie ją lekko przytrzymać. Ty zaś – Urahara natychmiast odwrócił się w stronę Isshina – mój drogi, jako doświadczony Shinigami otrzymasz znaczniejszą rolę do odegrania. Stań tutaj, blisko niej, tak właśnie. Na mój znak zamkniesz oczy i dołożysz wszelkich starań, by skontaktować się z nią i pomóc jej zmierzyć się z tym, co trawi ją od środka. Na pewno też to czujesz. – Spojrzał mu w oczy, szukając w nich niepewności, może najprymitywniejszego strachu, ale niczego takiego nie dostrzegł.

Shiba Isshin tylko skinął głową.

Ryūken Ishida, nadal pełen tej swojej zimnej nieufności, skrzyżował ręce na piersi.

– Za jaką cenę? – zapytał.

Naturalnie, cena. Każdy zawsze chce znać cenę, zanim podpisze pakt. Urahara Kisuke przesunął palcem po krawędzi stołu, przy którym spoczywała Masaki.

– Jeszcze chwilę, Masaki-san – powiedział cicho, kładąc jej dłoń na czole. Pogładził troskliwie i dodał głośniej: – Jesteś bardzo dzielna, Masaki-san, i wiem, że bardzo teraz cierpisz. Ale musisz mi zaufać. Wiem, co robię.

Z tym ostatnim wprawdzie trochę kłamał, ale przecież musiał – nie mógł ich teraz spłoszyć. Masaki. Naprawdę. Kończył. Się. Czas. Kątem oka Urahara dostrzegł, że Isshin robi się jeszcze bledszy.

– Nie ty tę cenę zapłacisz – zapewnił, po czym dodał, tym razem do Isshina: – Za to tobie wpierw muszę zadać pytanie. Tylko jedno, czysta formalność. – Machnął ręką. – Czego pragniesz w tym momencie najbardziej, Shiba-san? 

– Ocalić ją, to oczywiste – padło bez chwili wahania.

– Doskonale – odparł Urahara, po czym przyłożył palec do ust i poklepał nim, jak gdyby głęboko nad czymś deliberował. – Jednak w przypadku Masaki, która jest Quincy, to nie takie proste. Quincy i Shinigami zajmują przeciwległe bieguny w obszarze świata. Nadążasz?

Shiba Isshin wcale nie wyglądał, jak gdyby nadążał, ale przynajmniej nie przerywał. Urahara za to nie do końca rozumiał, czemu mówi mu o tym wszystkim. Czy pozostały w nim jakieś resztki dobrego gestu?

No, Yoruichi-san, byłabyś ze mnie dumna.

– Użyję specjalnego kidō, by przywołać nici reishi, którymi przywiążę twoją duszę do duszy Masaki, byście mogli wspólnie zmierzyć się z jej pustym. Bez ciebie sobie nie poradzi, Shiba-san – dodał poważnym tonem, zaskakując sam siebie. – Proces postępuje zbyt szybko. Pamiętasz jednak, jak mówiłem, że hollow przejmuje nad nią kontrolę i stopniowo dewastuje jej duszę…? Jeśli zdecydujesz się pomóc w tej walce, konsekwencje dotkną i ciebie. 

– O co ci chodzi? – zapytał nerwowo Ryūken. – Jakie kon…

To pytanie powinno należeć do Isshina, ale ten nadal milczał.

– Istnieje spore ryzyko – wyjaśnił Urahara, uważnie przyglądając się Shibie – że twoje dni jako Shinigami są policzone. I tak jak ja, tak jak inni tu, w Karakurze, odczujesz stopniowe wyciszenie reiatsu.

Isshin wzruszył ramionami.

– Za dużo gadasz, Urahara, zacznij w końcu działać.

– Nie masz z tym problemu…? – Dlaczego w ogóle się upewniał?!

– Oczywiście, że mam, to dość upierdliwa konsekwencja. Ale wiedząc, że nie zrobiłem wszystkiego, by uratować kogoś, kto i mnie ocalił życie, jak mógłbym nadal patrzeć sobie w twarz?

Tyle wystarczyło; może i Shiba był głupkiem, ale miewał momenty, w których dało się o tym zapomnieć. Dobrze. Kisuke pełen zacięcia kiwnął głową i niespodziewanie chwycił go za rękę. Skierował ją na dłoń nieprzytomnej Masaki.

– Chwyć mocno, spleć palce, nie puszczaj. Teraz zamknij oczy – polecił, po czym wziął głęboki wdech i położył dłoń na splecionych palcach tej dwójki. Wyszeptał inkantację kidō, ignorując pełen niepokoju wzrok Ryūkena.

Nici reishi pomiędzy Kurosaki Masaki a Shibą Isshinem się zawiązały. Gorące powietrze zastygało,  jakby nawet ono oczekiwało tego, co miało się wydarzyć. Kisuke natomiast podszedł jeszcze bliżej, złapał Masaki za poły bluzki. Cienki materiał przemoczony potem już przylgnął do skóry – trzeba rozedrzeć, nie było wyjścia.

– Co ty wyprawiasz?! – zaczął Ryūken, ale zmitygował się, gdy tylko Kisuke porządnie szarpnął za tkaninę. Obaj to zobaczyli.

Wykrot.

Czarna dziura w okolicy mostka, na pierwszy rzut oka ledwie zarysowana, ale przy bliższym spojrzeniu głęboka, nieregularna, wciągająca. Odcisk palca śmierci. Rozszerzała się wolno, rosła wraz z temperaturą ciała. Urahara tylko odrobinę wsunął palce, lecz zaraz cofnął dłoń. Skóra była gorąca, wilgotna, a oddech Masaki stał się płytki i urywany. 

Kisuke utkwił w wykrocie spojrzenie, w którym podziw mieszał się ze strachem. Otwór był idealny, niemalże dopasowany do kamienia. 

– No dobrze, Masaki. Nie mamy na co czekać.

Urahara ostatni raz odetchnął głębiej i sięgnął do kieszeni po Hōgyoku. Zbliżył je do Masaki, a wówczas rozbłysnęło mocniej, drgając energią, której nie dało się opisać żadną jednostką. Gdy już niemal ostrożnie je wsunął, dziewczyna także drgnęła. Słabo, ledwo zauważalnie. Kisuke sięgnął głębiej, trzymając kamień tak ostrożnie, jakby dotykał zarodka wszechświata. Bał się go, nie mógł tego przed sobą ukrywać, zresztą długo nie zapomni o ich poprzednim spotkaniu, po którym zostały mu jedynie blizna na piersi i rozczarowanie. Przy czym doskonale zdawał sobie sprawę, że tym razem nie może się wycofać. Już nie chodziło tylko o niego. Kątem oka spojrzał na Isshina i znów zaskoczył sam siebie, gdy pojął, jak bardzo mu zależy na…

No właśnie, na czym? 

Masaki zaczęła oddychać inaczej, szybciej. Naprawdę jej współczuł, podejrzewając, co wkrótce nadejdzie. Ból, którego sam nie dał rady przezwyciężyć. Teraz? Teraz jedynie trzymał Hōgyoku w jej wykrocie i czekał, aż zostanie wpuszczone. Ręka drgała mu coraz mocniej, czuł, że powoli łapie go skurcz, a z czoła spływa pojedyncza kropla potu. 

To naprawdę nic w porównaniu do tego, co ta biedna dziewczyna musiała czuć…

Dasz radę, Masaki-san. Jesteś silna. Wytrzymasz.

Nie zwątpił to nawet wtedy, gdy szarpnęły nią pierwsze konwulsje, a plecy odkleiły się od blatu.

– Ryūken! – rzucił Urahara przez ramię, nie odrywając wzroku od jej wykrzywionej w bólu twarzy. – Trzymaj ją. Ale delikatnie, póki mocniej nie będzie trzeba.

– Mówiłeś co innego. – Na twarzy Quincy pojawiła się niechęć, ale Ishida nie zaprotestował. Przysunął się i złapał Masaki za ramiona.

Urahara zignorował go.

– A ty, Isshin, nie puszczaj jej ręki, za nic w świecie. – Spojrzał na niego i oznajmił: – Nie waż się wracać tu bez niej. 

Isshin Shiba przytaknął niemo, jedynie mocniej ściskając jej dłoń. Nie minęła kolejna z chwil, gdy kamień w końcu zaczął się zagłębiać. Urahara wreszcie mógł go puścić. Dopiero wtedy poczuł, jak odrętwiały był cały i jak paliły go opuszki… Nieważne. To naprawdę nie miało znaczenia. 

Masaki zaczęła się wić. Najpierw słabo, lecz z każdą chwilą agresywniej. Oddech urywał się i powracał nierytmicznie, zaciskane powieki przywoływały na myśl moment konania. Pot spływał jej po skroniach, pięści rąbnęły o blat.  

– Nie… nie róbmy jej tego, nie powinniśmy, nie możemy; co jej się…!

– Już za późno – odparł Urahara twardo do Ryūkena. – Nie można tego przerwać, na pewno nie teraz.

Ale może mógłby jej pomóc?

Nie wiedział, czy powinien przywołać jakiekolwiek, choćby to z najsłabszych znanych sobie kidō znieczulających. A co, jeśli zaigneruje tym w proces, utrudni robotę Isshinowi? Nie mógł jednak tak po prostu stać i ignorować jej ból. Ishida przeklął przez zęby, niemal wcisnął ją z powrotem w stół, gdy sztywny kręgosłup Masaki wygiął się w pałąk. Już prawie pochłonięte Hōgyoku błyskało niepewnie, jakby rozdrażnione samą myślą, że można by to ułatwić. Jak gdyby spełnianie najskrytszych marzeń musiało być obarczone cierpieniem…

Wytrzymaj, Masaki-san. Jeszcze tylko chwila.

Zakrztusiła się powietrzem, a spod powiek pociekły jej łzy. 

– Trzymaj ją! – krzyknął Urahara do Ryūkena, który znów poprawił chwyt, gdy kolejny raz wygięła się niebezpiecznie. – Trzymaj mocniej, do cholery!

Sam odwrócił jej twarz na bok, po czym zdecydowanie, bez cienia delikatności wbił palce w policzki i otworzył usta, by wysunąć język. Znów przyjrzał się Masaki dokładnie, raz po raz pytając siebie, jak i czy w ogóle mógłby jej ulżyć, jak pomóc jej prze…

Przeżyjesz, Masaki-san. Musisz przeżyć.

Nie miał prawa tego wiedzieć – każda sekunda procesu była jak kolejny rozdział zakazanej księgi, który ktoś mu dopiero teraz pozwalał odczytać. Gdy odważył się zainkantować kidō zwiotczające, by nie uszkodziła sobie kręgów, Hōgyoku wysunęło się na cal, tylko potęgując jej ból. 

Czy więc naprawdę nie mógł zrobić zupełnie nic?

Jesteś bezużyteczny. Bezużyteczny.

Ale ty, Masaki-san, sobie poradzisz. Wierzę w ciebie.

Urahara wziął jeden głębszy oddech, opuścił ramiona i zamknął oczy, pozwalając jej na to cierpienie. Gdy po dłuższej chwili uchylił powieki, dostrzegł, że Hōgyoku niemal już zostało wchłonięte. W ostatniej sekundzie wessane, jak gdyby ciało Masaki czekało na to od dawna. A gdy wreszcie kamień znikł – wraz z nim zniknął czarny wykrot. Masaki opadła bezwładnie, jak gdyby zapadła w wieczny sen. Zaciśnięte pięści i powieki rozluźniły się, a usta ułożyły w niewinny, ledwie dostrzegalny uśmiech. Zanim do Urahary dotarło, co robi, otarł z jej policzka łzę. Odetchnął z ulgą, wyczuwszy jej słabe reiatsu; przez chwilę nikt się nie odzywał. Ryūken patrzył na Masaki z szeroko otwartymi oczyma, Isshin ani drgnął, nadal ściskając jej dłoń.

Aż w końcu – wreszcie! – oboje otworzyli oczy. Gdy ich spojrzenia się spotkały, na twarzy Isshina wykwitł łagodny uśmiech. Shiba pochylił się i objął ją mocno, a Masaki resztkami sił odwzajemniła uścisk. Po twarzy znów spłynęły jej łzy, jednak tym razem Urahara miał pewność, że był to wyraz ulgi. 

Odwrócił wzrok – w końcu tak należało uczynić; ta chwila nie należała do niego. Zanim w ogóle zdążył o tym pomyśleć, poczuł na ramieniu ciepłą dłoń. Isshin poklepał go z wymalowaną na twarzy wdzięcznością. 

– Dziękuję ci, Urahara.

– Och, to nic takiego. Zresztą… jak to szło? – Kisuke uniósł brew i wyszczerzył zęby. – Kiedyś mi to w dzieciach wynagrodzisz.

Shiba tylko cały poczerwieniał, Urahara zaś sam klepnął go w ramię, po czym niedbale poprawił kapelusz.

– Och, albo jakoś tak!

 

***

 

Stukot jego kroków – głuchy, wibrujący pomiędzy kamiennymi ścianami Las Noches – odbijał się echem złowrogo, jakby przestrzeń jeszcze chciała go zawrócić. Chłód panujący w jasnym korytarzu osiadał na wewnętrznych fałdach szaty, wślizgiwał się pod wysoką stójkę, w rękawy, przesączał przez porowaty materiał prosto do skóry. Jak wprost wyciągnięty z marmurowych cokołów, wyżarty z nicości między ścianami.

Ulquiorra znał ten korytarz i dobrze znał ten chłód.

Znał też ciężar pytań, które niósł dziś za sobą; tym ciężarem podważały coś, czego przecież nie wolno było kwestionować. Z każdym kolejnym krokiem jego wzrok, z pozoru spokojny, szukał odpowiedzi w drobnych pęknięciach ścian, w odbłyskach rażącego światła. Nie znajdował ich. Zamiast tego powracały obrazy.

Martwe, popalone ciała, częściowo obrócone już w pył. Niewinne, niewyraźne, porzucone bez sensu gdzieś na granicy pustyni i Lasu Menosów. Tylko… po co?

Po co ktokolwiek pod rozkazem Pana miałaby wybijać tych, których winą była tylko słabość? Dlaczego nowy Bóg-Król tych ziem zachęcał własnych do rzezi przeciwko własnym?

Ulquiorra zatrzymał się przed drzwiami, z ręką wyciągniętą z kieszeni, zawieszoną tuż przy nich. Zawahał się, ale ledwie na sekundę; przecież i tak musiał przybyć – nie nachodził Pana, a został przez niego wezwany. Czy mogło to mieć coś wspólnego z nowymi rozkazami?

Puk. Jeden. Krótki. Tym razem zdecydowany, i tak sama zdecydowana odpowiedź:

– Wejść.

Wszedł więc bezszelestnie. Gabinet Pana Aizena był jak on sam – doskonały; zbyt sterylny, by móc nazwać go zwykłym pomieszczeniem. Aizen-sama siedział za masywnym stołem, wypolerowanym na nierealny połysk. Spokojny, z dłońmi złożonymi przed sobą, wyglądał, jakby cierpliwie, lecz o długo za długo oczekiwał na to spotkanie.

Ulquiorra podszedł i klęknął, pochylając głowę. Wstał. Nie było krzesła, i dobrze. Nie był tu po to, by siedzieć.

– Odpowiadam na twe wezwanie, Aizen-sama.

– Wybornie. Czy nowa komnata spełnia twoje oczekiwania? – zapytał Aizen aksamitnie.

Ulquiorra uniósł głowę nieco wyżej, ale nie zuchwale. Nigdy zuchwale.

– Tak, Aizen-sama. Jest ponad to, na co zasłużyłem.

Mógł widzieć ją teraz oczami wyobraźni. Nie ten sam chłodny podest bez pościeli, nie twardą poduszkę. Widział nocny stolik, komodę pełną śnieżnobiałych szat. Ale i lustro. Krzesło, tuż obok stolik i karafkę z winem, regał pełen ksiąg. Rzeczy niepotrzebne mu do przeżycia – lecz niepozbawione znaczenia.

Były jak znak. Zaufania? Bliskości?

– Ach, ta skromność.  – Aizen uśmiechnął się lekko. – Jesteś Czwartym i choć w hierarchii nie najwyższym, to chcę, byś wiedział, drogi Ulquiorra, że mam cię za jednego z tych, którzy zajmują w tym domu szczególne miejsce. I zasługujesz na to, co ci zaoferowałem. Gdyby było inaczej, nadal mieszkałbyś w piwnicy.

– Dziękuję za twą szczodrość, Aizen-sama.

Cisza po tych słowach nieco się przeciągała. Pytania wciąż krążyły w nim niby gorąca krew, garnąc się na usta jak ćmy do światła, lecz nie chciał, chyba nie potrafił ich zadać. Czy jednak kiedyś otrzymają lepszy czas?

Aizen dostrzegł w nim tę niepewność.

– Widzę, że coś cię trapi. Mów, Czwarty. Co mogę dla ciebie zrobić?

Ulquiorra znów skłonił głowę. Bardziej niż nie mówić, nie chciał kłamać. Nie mu.

– Przebacz mi śmiałość, Aizen-sama, niech słowa me nie będą odebrane jako brak wiary, ale… usłyszałem o rozkazach, jakie otrzymali ci, którzy nie są nawet numerowani. I widziałem, co dzieje się na granicy Lasu Menosów.

I już. Wyrzucił z siebie szybko, po czym przełknął ślinę. Dłonie skrył za plecami; specjalnie, by znów mógł wbić w nie paznokcie. Chwilowy ból przywracał rezon, najlepszy sposób, aby radzić sobie z poznanymi niedawno emocjami. Z lękiem odczuwalnym za każdym razem, gdy przyszło mu rozmawiać z Panem Aizenem.

Nie chciał, tak bardzo nie chciał go sobą rozczarować…

Aizen-sama wstał ruchem płynnym, miękkim. Cień prześlizgnął się przez jego twarz, ale natychmiast zniknął.

– Ach. A więc o to chodzi. – Nowy Bóg-Król machnął ręką, jakby odsuwał sprzed oczu każdą z trosk. – Rozumiem. I oczywiście masz rację, to może wyglądać… źle. Ale gwarantuję ci, Quatro Espada, złe nie jest. – Obszedł stół, zbliżył się do Ulquiorry i położył mu dłoń na ramieniu. 

Ciepłą, tak prawdziwą…

Robił to już wcześniej, ale czy Ulquiorra naprawdę chciał się do tego przyzwyczajać? Gdyby to on miał zadecydować, wolałby za każdym razem czuć się tak, jak gdyby to był ich pierwszy raz.

– Czasem trzeba uczynić to, co konieczne, Czwarty. Las Noches, nie… całe Hueco Mundo są zagrożone. Od środka, ale i z zewnątrz. Wielu Shinigami już ostrzy miecze, marząc tylko o tym, by unicestwić nas wszystkich. W końcu nimi również, a i ludźmi się posilamy. Ich dusze przyspieszają nasz wzrost.

Marzą.

Unicestwić.

Ulquiorra starał się spijać każde z usłyszanych słów.

– Prowadzę pewne badania – podjął Aizen łagodnie, a jego dłoń wciąż spoczywała na ramieniu Ulquiorry. – Badania, które mogą zapewnić nam stabilność. Pokój. Trwałość. Powiem wprost: do tego potrzebuję dusz, wielu dusz, a w tym należących do pustych. I tak, wybieram tych, którzy nie przetrwaliby. Drobne istoty. Słabe. Niewidoczne. Takie, które umarłyby niezauważone.

Ulquiorra nie odpowiedział.

– One… – Aizen-sama spojrzał w dal – pozwolą nam umocnić tych, którzy na to zasługują. Tych, którzy przetrwają. To oni uczynią naszą rodzinę silną, spójną i wieczną. – Zawiesił głos, by dopiero po chwili dodać: – Zapewne sam już zauważyłeś, że mnie również zdarza się gdzieś znikać.

Aizen powrócił wzrokiem na Ulquiorrę, a potem przeniósł dłoń z jego ramienia na plecy, by lekko pchnąć go w przód. Sam zrobił krok i obaj skierowali się w głąb komnaty.

–  Sprowadzam dusze ze Społeczności Dusz, one także mogą nam się przydać.

Kolejny krok w kierunku stolika pod ścianą, na nim – rozłożona szachownica. Zestaw pionków w równym szyku. Ulquiorra nie znał dokładnych zasad tej gry.

– Rozumiesz, kim jestem i skąd sam przybyłem, jaki więc ciężar muszę nieść, podejmując właśnie takie, a nie inne decyzje. Widzisz – powiedział Aizen, sięgając dłonią do planszy – czasem trzeba poświęcić kilka pionków… – zbił jednego; cichy stuk kamienia o kamień – by ocalić wieżę, zbudować siłę królowej. I wygrać nie tylko partię, ale całą wojnę. Kiedyś poznasz te zasady.

Ulquiorra czuł, że wreszcie zaczyna to pojmować. Nie wszystko – ale wystarczająco, by zawiesić niewiarę. Och, jak bardzo był sobą rozczarowany, że tak łatwo ocenił tę sytuację, tak łatwo ocenił Pana Aizena…

– Czasem dla większego dobra trzeba wybrać mniejsze zło – wyszeptał i spojrzał mu prosto w oczy, szukając w nich potwierdzenia lub zaprzeczenia.

Aizen-sama tylko się uśmiechnął.

– Czy mogę na ciebie liczyć, Czwarty? – zapytał po chwili spokojnie, stając wprost naprzeciw niego. – Czy pomożesz mi nieść ten ciężar?

Pytanie było proste, Ulquiorra tylko skinął głową. Wcale nie dlatego, że był posłuszny; nie dlatego, że czuł strach, już nie. Już nigdy go przy Panu czuć nie zamierzał. W tej jednej chwili odczuwał jedynie niepokój Pana Aizena, coś, co przypominało ciężar odpowiedzialności. Może nawet samotności?

Czy… czy Ulquiorra mu współczuł? Nie. Po prostu go zrozumiał.

I właśnie wtedy, ledwie na ułamek sekundy i nie wiedzieć czemu, pomyślał o Giichi. Myśl ta miała kwaśny smak. Jego spojrzenie, zawsze szczere, zawsze pełne obcych Ulquiorze emocji. Dziwne, odległe, ale i tak pochopne w ocenie…

Nie zrozumie.

Nawet nie będzie chciało zrozumieć.

Pan Aizen musiał i to dostrzec – to zawahanie, rozproszenie; powoli odprowadził Ulquiorrę do drzwi. I tuż przed wyjściem, niemal od niechcenia, musnął ciepłymi palcami jego stójkę. Jednym lekkim ruchem odpiął guzik i odchylił szatę.

Ulquiorra wstrzymał oddech. Stał jak odrętwiały, ledwie panując nad tym, co dziwnego się z nim działo. Tętno przyspieszyło, usta wyschły na wiór. Chciał spojrzeć w dół, na ciepłą dłoń, która powoli zsunęła się na białą skórę, a potem przysłoniła czarny wykrot. Nie mógł jednak odwrócić wzroku, nie teraz, gdy Aizen-sama spoglądał mu prosto w oczy. Ulquiorra nie mógł też pozbyć się wrażenia, że ta ciepła dłoń pulsuje w rytm prawdziwego serca. Serca Pana Aizena, który tętnił życiem i właśnie dzielił się tym życiem z nim. Jego miarowy puls wdzierał się Ulquiorze pod skórę i osiadał tam, niemal jak nowe tchnienie. Jakby chciał zasklepić w nim tę pustkę…

Szorstkość materiału, który opadł z powrotem na skórę, gdy Pan Aizen równie płynnym ruchem zapiął mu kołnierzyk, jeszcze przez chwilę łaskotała go, nim tkanina się ułożyła i nic już nie przypominało o wcześniejszym geście.

– Wybacz mi, Aizen-sama, że zwątpiłem – wyszeptał, ledwie poruszywszy suchymi wargami– Zaszczytem będzie dzielić z tobą ten ciężar.

– W takim razie – odparł Aizen-sama pewnym głosem – dziś to ty, Czwarty, pójdziesz ze mną do Społeczności Dusz. Właściwie po to cię też tu wezwałem.

Zielone oczy błysnęły.

– Twe jedno słowo, Aizen-sama, a pójdę za tobą jak pies.

 

***

 

– Zrób to po cichu.

Słowa rozeszły się w przestrzeni, przerywając nocną ciszę. Ledwie wypowiedziane – od razu wywołały reakcję. W wąskim zaułku, głęboko skrytym między budynkami, i w nikłych smugach światła przegrzanych latarni wybrzmiał cichy szelest sukni, gdy Czwarty wyłonił się z cienia.

Aizen patrzył na to przepełniony dumą. Ten pies został już wytresowany.

Znał dźwięk reiatsu zbierającego się na kształt lancy. Poznałby go pośród tysiąca innych.

Pierwszy z dwóch poruczników patrolujących tę część Społeczności padł przebity na wylot, zanim jeszcze zdążył unieść wzrok. Drugi wprawdzie usiłował krzyknąć, a jego dłoń już sięgnęła po rękojeść miecza, lecz głos zamarł pod naporem palców ściskających za gardło. Unosił się teraz nad ziemią, stopami szukając gruntu i z paniką w oczach wbijając długie palce w białą dłoń. Ulquiorra patrzył mu w twarz tak, jak patrzy się na rysunek – bez emocji, z chłodną oceną konturów.

Bardzo dobrze. Mocniej. Ściśnij…

Aizen nie odwrócił wzroku. Kyōka Suigetsu drgało przy jego boku niespokojnie, z żywą tęsknotą, jakby także i ono zapragnęło zakosztować krwi. Aizen położył na nim dłoń i pieszczotliwie musnął głownię.

– Nie dziś – szepnął.

Nadal patrzył, kiedy w drugiej ręce, na samej opuszce palca wskazującego, Ulquiorra zebrał reiatsu. Wbił palec między obojczyki; Cero niby promień przebiło porucznika na wylot, pozostawiając po sobie jedynie wypaloną czarną dziurę. Niemal… artystyczną.

Aizen uniósł brew, a ciało z cichym plaśnięciem uderzyło o bruk.

Podszedł powoli. Czwarty stał nieruchomo, jakby i sam był teraz jednym z cieni. Drobinki dusz ulatywały z ciał niczym srebrzysty dym, leciutkie, migotliwe, ulotne. Aizen wyciągnął z kieszeni dłoń, a w niej niemal pełne już Hōgyoku. Sferyczny kryształ zajaśniał w jego rękach żywym blaskiem. Aizen zbliżył go do zwłok. Nawet nie kłopotał się, by przywołać w pamięci ich imiona.

Ulquiorra stał tuż obok zwarty, gotowy na kolejne polecenie. Aizen schował znów kamień do kieszeni i raz jeszcze spojrzał na wypalony ślad w piersi martwego Shinigami.

– Nie podejrzewałem cię o taką… – machnął w jego stronę ręką – fantazję – zauważył tonem uprzejmej ciekawości.

Ulquiorra zadrżał nieznacznie. 

– Czy popełniłem błąd? – Głos miał czysty, choć w oczach pojawił się cień niepokoju. – Jeśli sobie tego, Panie, nie życzysz, mog…

Aizen podniósł dłoń i uciszył go jednym płynnym ruchem.

– Jeśli odnajdujesz w tym rozkosz – rzekł łagodnie, niemal z troską – nie mam zamiaru ci jej odbierać.

Ulquiorra skłonił głowę, lecz spojrzenie miał utkwione w ziemi. Gdzieś w oddali słychać było echo kroków – zupełnie inne, obce, wciąż jeszcze niczego nieświadome. Aizen spojrzał znów na ciała. Zamarłe w przerażeniu zbite pionki.

Śmieci do wyrzucenia.

– Wiem, jak trudno jest nosić ten ciężar – powiedział w końcu, odwracając wzrok na Ulquiorrę i przywołując pewną dozę melancholii, której wcale nie czuł. – I jeśli cokolwiek może odjąć nam tej wagi, nie rezygnujmy z tego.



[kliknij, by pokolorować]


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X